"Ślub" w oparach supraskiego rytuału *

Pojawienie się Teatru Wierszalin z Supraśla na XVII Międzynarodowym Festiwalu Gombrowiczowskim w Radomiu spotkało się z ogromnym zainteresowaniem publiczności chętnych spotkania ze sztuką tego oryginalnego teatru. Publiczność wypełniła przestrzeń Sceny Kameralnej Teatru Powszechnego w Radomiu do granic możliwości. Wszyscy chcieli zobaczyć „Ślub” Witolda Gombrowicza w reżyserii Piotra Tomaszuka.

Na pierwszym planie: Bartłomiej Bazyluk i Rafał Gąsowski. Fot. Teatr Wierszalin/Facebook

Inscenizacja Tomaszuka łączy gęstą od znaczeń, ironiczną literaturę awangardową z charakterystyczną dla tego teatru, mroczną i rytualną estetyką. Spektakl, którego premiera odbyła się już ponad dwa lata temu stanowi odważną próbę wpisania arcydzieła polskiego dramatu w poetykę teatru formy, maski i muzycznego rygoru. Reżyser nie ogranicza się do psychologiczno – historycznego odczytania snu Henryka, ale przefiltrowuje tekst dramatu Gombrowicza przez oryginalny, specyficzny język założonego przez siebie teatru. Ma więc „Ślub” wyrazistą, niemal muzyczną strukturę, w której słowo Gombrowicza współgra z niepokojącą, budującą napięcie, wykonywaną na żywo przez kompozytora oprawą dźwiękową Adriana Jakucia - Łukaszewicza oraz surową, plastyczną scenografią Mateusza Kasprzaka, która opiera się na genialnej w swojej prostocie estetyce recyklingu: skrzynie, zużyte przedmioty, ruchomy stół, które sugestywnie, choć mocno umownie, tworzą kolejne miejsca akcji: od karczmy po królewski dwór.

Rafał Gąsowski jako Henryk. Fot. Teatr Wierszalin/Facebook


Piotr Tomaszuk buduje świat w konwencji sennego majaku Henryka. Oś spektaklu wytycza jego psychologiczne starcie z przyjacielem Władziem. Rafał Gąsowski jako Henryk gra postać głęboko rozedrganą, neurotyczną i rozdartą wewnętrznie. Znakomicie oddaje on ewolucję bohatera – od zagubionego żołnierza po despotycznego tyrana, upojonego samozwańczą władzą. Gąsowski magnetyzuje widza w swoich monologach, choć momentami jego interpretacja ociera się o aktorską nadekspresję. Kontrapunktem dla tej potężnej, wręcz agresywnej energii jest Władzio w wykonaniu Bartłomieja Bazyluka. Aktor buduje swoją postać na uległości, naiwności i bezgranicznym zaufaniu do przyjaciela. Ta cichość i plastyczność Władzia staje się w interpretacji Bazyluka szczególnie niepokojąca: jawi się on jako bezbronna ofiara manipulacji i chorych ambicji Henryka. Sceny, w których Henryk testuje lojalność Władzia, a ostatecznie popycha go do tragicznego samobójstwa, należą do najbardziej poruszających w spektaklu. Aktorzy świetnie odgrywają ten toksyczny taniec dominacji i poddaństwa. A skoro już o aktorstwie mowa, to wspomnieć należy o Dariuszu Matysie, który jako Ojciec i Król balansuje na granicy świętości i pospolitego pijaństwa, celnie oddając Gombrowiczowskie napięcie między powagą a śmiesznością. Udanie partneruje mu Magdalena Dąbrowska  jako Katarzyna, która ekspresyjnie kreuje Matkę jako postać tyleż tragiczną, co karykaturalną.Nie do końca zrozumiałą jest decyzja reżysera o obsadzeniu w roli Pijaka aktorki, Moniki Kwiatkowskiej. Wydaje się również, że spektakl grzeszy pewną zbiorową nadekspresją, krzykiem i hałasem (czy naprawdę niezbędne jest poruszanie się aktorów „z przytupem”?). Rozumiem, że taki jest styl Tomaszuka i supraskiego Wierszalina, ale u mniej oswojonych z tą manierą widzów, wśród których jest piszący te słowa, może wywołać ona poczucie przytłoczenia formą. Cierpi na tym też przekaz słowny.

Powszechnie wiadomo, że cechą stanowiącą o odrębności Teatru Wierszalin jest miejsce, w którym gra on na co dzień swoje awangardowe, intelektualne spektakle. Siedziba Wierszalina w Supraślu wyróżnia się, jak mówią ci, którzy w niej byli, niepowtarzalną atmosferą. W radomskim teatrze, monumentalnym budynku z epoki Gierka istniało ryzyko, iż „Ślub” Tomaszuka straci w tym obszarze. Dobrym pomysłem organizatorów Festiwalu Gombrowiczowskiego było pokazanie spektaklu na Scenie Kameralnej, choć – mimo nazwy – jest ona przestrzenią stosunkowo wysoką. Trochę ginie w niej ascetyczna scenografia, ale generalnie „duch Wierszalina” udało się zachować, w dużej mierze dzięki wspomnianej już muzyce i światłom, za reżyserię których odpowiadał Grzegorz Zaremba.

* Recenzja ukazała się także w portalu "Teatr dla Wszystkich" (17.10.2026 r.)




Komentarze