W pociągu pełnym Słowa *

 Najbardziej dojmującym doznaniem, które pozostaje po „Kolejach losu” w lubelskim Teatrze Wschodnim, są wewnętrzna cisza i spokój wywołane mocą poetyckiego słowa. Scenarzysta i reżyser, Łukasz Lewandowski, zderzył ze sobą poezję Wisławy Szymborskiej i Zbigniewa Herberta – dwóch jakże silnych osobowości twórczych.

Paulina Prokopiuk i Daniel Salman. Fot. materiał Teatru Wschodniego

Poetka i poeta jadą w jednym pociągu, w dwóch sąsiadujących (tak przynajmniej się wydaje) przedziałach. Marta Góźdź na małej scenie teatru przy ulicy Lubartowskiej możliwie wiernie odtworzyła intymną, wręcz klaustrofobiczną przestrzeń starodawnego wagonu kolejowego, z charakterystycznymi pomarańczowymi fotelami. Wizualizacje Łukasza Wójtowicza pokazują widok zza okna pociągu, a muzyka Stanisława Leśniewskiego zdaje się imitować stukot kół. Damian Bakalarz światłami wydobywa z mroku osobę, która w danym momencie wypowiada swoje kwestie. W ciemności pozostaje publiczność, w kompletnym skupieniu chłonąca przekazywane treści.

Szymborska i Herbert, jakich powszechnie znamy, wydają się osobowościami krańcowo różnymi. I początek przedstawienia zdaje się potwierdzać tę tezę. On mówi o rzeczach trwałych, zakorzenionych w przeszłości, w historii cywilizacji, i o konieczności włożenia ogromnego trudu w ich poznanie. Ona natomiast w „Elegii podróżnej” pisze o nietrwałości i ulotności tego, co nas otacza, wręcz o niemożności poznania natury, a świat należy do nas tylko na chwilę. W toku przedstawienia i podróży tych dwojga okazuje się jednak, że ich pozornie odmienne sposoby widzenia świata są w niektórych aspektach zadziwiająco zbieżne, korespondują ze sobą, wchodzą w dialog. Ot, choćby te dotyczące duszy i kamienia.

Być może wynika to z faktu, że obydwoje przez ponad cztery dekady prowadzili ze sobą korespondencję, która może przypominać literacki flirt, charakteryzujący się wzajemnym szacunkiem i autoironią (on nazywał ją „moją luną”, ona jego „moim prokonsulem”), wyraziście kontrastującą z powagą ich dzieł. Lewandowski wplótł w poetycki ping-pong fragmenty ich listów, które kilka lat temu ukazały się w zbiorze „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”. Stanowią one – ze względu na lekką, humorystyczną formę – swoiste intermedia w tym z gruntu poważnym przedstawieniu, a w powiązaniu z osobliwymi erotykami Szymborskiej („Przy winie”, „Jestem za blisko”) przenoszą wzajemne relacje bohaterów na bardziej intymny poziom.

Paulina Prokopiuk i Daniel Salman. Fot. Teatr Wschodni w Lublinie

Niewątpliwym sukcesem „Kolei losu” jest niezwykle umiejętne połączenie przez Łukasza Lewandowskiego dwóch – jak się wydawało – nieprzystających do siebie wrażliwości artystycznych: ironicznej, zdystansowanej Szymborskiej i poważnego, wręcz „monumentalnego” Herberta. To mogło się nie udać, a jednak… Swój ogromny, by nie powiedzieć fundamentalny, wkład w powodzenie tego przedsięwzięcia mają aktorzy: Paulina Prokopiuk i Daniel Salman. Aktorka nadaje swojej Szymborskiej cechy pozornie sprzeczne: jest głównie „poetką codzienności”, a jednocześnie wnikliwą obserwatorką rzeczywistości, przy tym potrafiącą czarować kobiecą zalotnością, jakże naturalną w wydaniu Prokopiuk. Aktor zaś wnosi w ten podróżny, ulotny świat pewien głęboki, melancholijny spokój i wewnętrzne rozdarcie. Salman ma przy tym tę nieczęstą dziś u aktorów umiejętność celowego operowania pauzą, a jego dyskretne spojrzenia i gesty często wyprzedzają mające paść słowo (czyżby „szkoła” Mai Komorowskiej?). Obydwoje prowadzą ten niełatwy poetycki dialog w sposób płynny, naturalny, a momentami nawet porywający.

„Koleje losu” Łukasza Lewandowskiego pokazują, że nawet tak stosunkowo skromna w formie inscenizacja może okazać się znacząca dla teatru i jego odbiorców, jeśli zetkną się ze sobą: wielka literatura, przemyślana koncepcja i konsekwentnie poprowadzona reżyseria oraz znakomite aktorstwo. Spektakl wróci na deski Teatru Wschodniego w Lublinie po przerwie urlopowej. Można też artystów zaprosić do swojego miasta. W końcu przedstawienie z motywem podróży do czegoś zobowiązuje.

Komentarze