Niezbyt udana podróż *

 Coraz częściej opisy anonsujące konkretne przedsięwzięcie artystyczne – czy to teatralne, filmowe, czy telewizyjne – brzmią zdecydowanie ciekawiej niż samo dzieło, o którym traktują. Tak jest również w przypadku słuchowiska Teatru Polskiego Radia „Żeby się coś działo” Marty Szlasy – Rokickiej, która zaadaptowała tekst na potrzeby radia wspólnie z Adamem Wojtyszką, który całość wyreżyserował.

Sara Lityńska, Justyna Kowalska, Krzysztof Szczepaniak, Olga Sarzyńska. Fot. Cezary Piwowarski

Na stronie internetowej i facebookowym profilu Teatru Polskiego Radia czytamy następujący opis: „Żeby się coś działo” to podróż do wnętrza psychiki współczesnej kobiety, która próbuje odnaleźć się w chaotycznym świecie randek, romansów i nieuporządkowanego stylu życia. Ten mocno neurotyczny krajobraz niepozbawiony jest dowcipnych diagnoz społecznych i refleksji. Jak więc nie słuchać? Tym bardziej że słuchowisko ma jeszcze rozwinięcie tytułu: „czyli dramat o seksie, dopaminie i o tym, że wszystko już było”.

Współczesną kobietą jest tutaj 29-letnia, rozczarowana absolwentka studiów humanistycznych, sfrustrowana, wykonująca nudną pracę, najprawdopodobniej w korporacji, nazwana na potrzeby narracji Nemo (Justyna Kowalska). Czas poza pracą spędza najczęściej w łóżku na czatach z koleżanką Janką (Sara Lityńska). Czasami odwiedza ją również Dopamina, czyli hormon szczęścia i motywacji regulujący nastrój oraz odczuwanie przyjemności (Olga Sarzyńska). Nie są to jednak wizyty długie ani na tyle budujące, by zmienić nastawienie bohaterki do świata i ludzi, głównie mężczyzn z aplikacji randkowych, granych w słuchowisku przez Krzysztofa Szczepaniaka, odbiegającego daleko od Rafała Trzaskowskiego, którego bohaterka chętnie by „zaliczyła”.

Pozostaje jej więc czatowanie z przyjaciółką na tematy wszelakie: od nędzy intelektualnej pracowników korporacji, antyszczepionkowców, liberałów, seksu dla zabicia nudy (nie tylko damsko-męskiego), udawanych orgazmów po feminizm intersekcjonalny. Niestety, wiele z głębokich – jak można domniemywać – przemyśleń Nemo i Janki umyka słuchaczowi, bowiem reżyser kazał aktorkom wygłaszać kwestie z prędkością karabinu maszynowego. Nawet po kilkukrotnym wysłuchaniu audycji trudno jest ogarnąć istotę psychiki tych kobiet.

Grażyna Barszczewska. Fot. Cezary Piwowarski

Nie zawodzi natomiast Grażyna Barszczewska, występująca w słuchowisku „Żeby się coś działo” w podwójnej roli: narratorki, która w sposób lekki i zabawny, z bezpośrednimi zwrotami do słuchacza, snuje opowieść o Nemo i upersonalizowanej Dopaminie, oraz jako Judy Chicago – amerykańska artystka feministyczna, weteranka walk o prawa kobiet, która bez ogródek krytykuje postawę współczesnych wyzwolonych kobiet. I w zasadzie tylko dla kreacji Barszczewskiej można posłuchać tego słuchowiska zrealizowanego przez Macieja Kuberę.

* Recenzja napisana dla portalu "Teatr dla Wszystkich" i tam opublikowana 19.02.2026 r. 

Komentarze