W TeTaTeT jak w Hollywood *

Awantura w Hollywood, czyli Geriatrix Show!” zabiera widza w miejsca, które na co dzień nie są mu dostępne, czyli za kulisy teatru i pokazuje przedpremierową gorączkę, tym większą, że wszystko idzie nie tak.

Mirosław Bieliński, Łukasz Oleś, Teresa Bielińska. Fot. DRUVA PHOTOGRAPHY, W. Szymczak

Wspomniana premiera ma się odbyć w teatrze prowadzonym przez niejakiego Teddy’ego Woolfa. Generalnie wszystko jest gotowe: plakaty rozwieszone, bilety wyprzedane na kilka miesięcy naprzód. Tymczasem główne gwiazdy spektaklu zostały podkupione przez konkurencję. Trzeba znaleźć jakieś wyjście awaryjne. Mają nim być dawne gwiazdy sceny: Betty Galan i Georg Labrynski. Świetlaną przeszłość mają już za sobą, dziś ona realizuje się w programie „Garnek i patelnia”, a on jedynie wspomina swoją amancką przeszłość. Z dawnych czasów, gdy spotykali się na deskach scenicznych (i nie tylko), pozostała im jedynie wzajemna niechęć i złośliwość. To oni mają uratować spektakl w teatrze Woolfa. Spektakl reżyserowany przez Marcusa Bonaticellego, który zdaje się być reżyserem nie do końca pewnym tego, jakie przedstawienie chce stworzyć.

Obserwowane próby znaczone totalnym rozgardiaszem, zapominaniem tekstu przez starszego aktora są elementem wywołującym wybuchy śmiechu na widowni. Tadeusz Kuta okazuje się mistrzem w tworzeniu dowcipnych dialogów, pełnych ciętych ripost, ale też niepozbawionych liryzmu kwestii powodujących u widza błysk refleksji i zadumy nad kondycją człowieka mającego to, co najlepsze za sobą. Uratowanie spektaklu „Genesis. Początek życia” o dwojgu potencjalnych samobójcach stojących na krawędzi dachu, okazuje się dla aktorów szansą na uratowanie siebie, swojego człowieczeństwa. Metafora tego tytułu wzruszająco wybrzmiewa w finale „Awantury…”.

Teresa i Mirosław Bielińscy. Fot. DRUVA PHOTOGRAPHY, W. Szymczak

Awantura w Hollywood” jest drugą po „Szczęściarzach” w reżyserii autora sztuką Tadeusza Kuty wystawianą w kieleckim Teatrze TeTaTeT. Tym razem reżyserii podjął się Mirosław Bieliński, który jednocześnie brawurowo gra rolę Labrynskiego, od pewnego momentu praktycznie nie schodzącego ze sceny podczas spektaklu. To karkołomne zadanie, ale nie dla mistrza pokroju Bielińskiego, który zrobił wszystko, by „Geriatrix Show” nie miał „starczego” tempa akcji (no, może poza zbyt rozwlekłą ekspozycją), ale też i nie popadał w farsowość. Znalazł w tym dziele równorzędnych partnerów w osobach Teresy Bielińskiej, wyglądającej iście hollywoodzko, a grającej na dużo lepszym niż tamtejsze gwiazdy poziomie, wiarygodnej jako zgryźliwa starsza pani, jak i walcząca o godność kobieta; Przemysława Predygiera w roli dyrektora teatru zakochanego w swoim... koniu oraz Łukasza Olesia świetnie poczynającego sobie w roli mało lotnego reżysera widzącego sobie w roli „czarnego anioła przyszłości” (zamiennie rolę tę gra Mateusz Dymidziuk). To z jego postacią wiąże się też satyryczny wątek pseudoawangardowych reżyserów i aktorów – celebrytów.

Poza porywającą grą aktorską należy też docenić minimalistyczną, acz niezwykle praktyczną scenografię Iwony Jamki i ruch sceniczny w opracowaniu Małgorzaty Ziółkowskiej. Premiera zakończyła się wręczeniem Teresie Bielińskiej Brązowego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.  

* Recenzja powstała dla portalu  "Teatr dla Wszystkich" i tam została opublikowana 16.09.2025 r. 

Komentarze