Na chwilę przed porodem *

Nie ma takiej możliwości, by wszystkie premiery Teatru Telewizji były wybitne lub przynajmniej znakomite. Rodzice Tomasza Walesiaka w reżyserii Michała Grzybowskiego to przedstawienie mocno przeciętne.

Zuzanna Bernat i Tomasz Ziętek. Fot. Arsen Petrovych/TVP

Temat rodziny, który podejmuje Walesiak w swoim tekście, obecny jest w literaturze od lat. A jeśli na dodatek jest to rodzina dysfunkcyjna – tym większa jej atrakcyjność dla artystów i odbiorców. W Rodzicach mamy młode małżeństwo: Wandę (bardzo naturalnie zagraną przez Zuzannę Bernat) i ugodowego, bardzo sympatycznego w kreacji Tomasza Ziętka Piotra. Małżonkowie oczekują narodzin pierwszego dziecka. Mężczyzna chce przed tym wydarzeniem dokończyć urządzanie kuchni w ich nowym mieszkaniu, co denerwuje jego żonę – jednak nie komunikuje mu tego wprost.

Piotr nie bez oporu przyjmuje pomoc chorego brata żony, Muńka (chwilami nazbyt ekspresyjnie gra go Dawid Ptak), ponieważ chce – wzorem swojego niedawno zmarłego ojca – samodzielnie przygotować lokum dla najbliższych. Problemem rodzeństwa jest ich toksyczna, mocno dominująca matka, ze skłonnościami do kontrolowania i urządzania im życia (Monika Krzywkowska). Najbardziej pejoratywnym epitetem jest tu porównanie kogoś do Renaty. Ale zaburzenia komunikacji występują również na linii siostra–brat, żona–mąż. Łatwiej nawiązują oni normalny kontakt z sąsiadami (Agnieszka Dulęba-Kasza i Łukasz Simlat, zacinający się niemal identycznie jak w Rojście).

 

Łukasz Simlat i Agnieszka Dulęba-Kasza. Fot. Arsen Petrovych/TVP

Co prawda, w końcowych scenach pojawia się „światełko w tunelu”: Wanda szczerze wyznaje Piotrowi, że nie podoba jej się imię Władysław, które – na cześć jego ojca – planowali nadać synowi. Matka również zdaje się nieco „odpuścić” w nadopiekuńczości graniczącej z osaczaniem i próbuje naprawić relacje z bliskimi.

Dramaturgicznie rozwój akcji okazuje się przewidywalny. W toku przedstawienia nie dochodzi do żadnych szczególnie poruszających zwrotów – nawet zapowiedź samobójstwa Muńka, zamiast wprowadzić autentyczne napięcie, rozgrywa się w tonie raczej komicznym niż dramatycznym. Trudno więc mówić o możliwości przeżycia katharsis czy o wyraźnie zaznaczonej puencie. Sam konflikt dramatyczny nie jest ani szczególnie pogłębiony, ani spektakularny – to wariant znanego schematu relacji w rodzinie dysfunkcyjnej i emocjonalnie rozchwianego młodego małżeństwa. Tego typu konfiguracje fabularne eksploatowane były już wielokrotnie, a autor nie proponuje ani nowej perspektywy, ani oryginalnych rozwiązań dramaturgicznych. W efekcie, natłok schematycznych sytuacji i jednowymiarowych postaci rozmywa zapowiadany wcześniej ton komediodramatu – trudno tu o wyraziste przesunięcia rejestrów emocjonalnych, równie trudno o spójne napięcia między komizmem a dramatem.

Na uwagę zasługują natomiast ciekawe zdjęcia Edgara de Poraya (pseudonim artystyczny brata reżysera Grzybowskiego) oraz dekoracja wnętrz autorstwa Mai Pawlikowskiej-Kobylińskiej. Drażni za to i potęguje chaos percepcyjny wyjątkowo ostra i głośna muzyka Wojciecha Frycza.

* Recenzja powstała dla portalu "Teatr dla Wszystkich" i tam została opublikowana 17.09.2025 

Komentarze