Jakub S. i reszta świata (w chaosie) *
To reżyserski debiut telewizyjny Pawła Demirskiego, który z teatrem związany jest od wielu lat w różnych rolach; najbardziej kojarzony jest jako stały współpracownik reżyserki Moniki Strzępki. Właśnie z nią wystawił „W imię Jakuba S.” w 2011 roku na deskach warszawskiego Teatru Dramatycznego – teatru, w którego historii Strzępka zapisała się kilkanaście lat później w sposób, delikatnie mówiąc, kontrowersyjny. Wracając po latach do tej sztuki, Demirski dokonał znaczących zmian: przede wszystkim skrócił wersję telewizyjną względem teatralnej o całą godzinę oraz obsadził zupełnie nowych aktorów. Ta pierwsza decyzja ma kluczowe znaczenie dla widzów – w natłoku dramaturgicznych i inscenizacyjnych pomysłów dwuipółgodzinny spektakl byłby zwyczajnie trudny do strawienia.
Bo cóż tu się nie mieści? Mamy i rabację galicyjską z 1848 roku, z Jakubem Szelą na czele (w tej roli Jacek Poniedziałek), i dziką prywatyzację w Warszawie, symbolizowaną przez tragiczną postać Jolanty Brzeskiej, i przymusowe eksmisje, i problemy mieszkaniowe młodych małżeństw, które – zmuszone do brania kredytów hipotecznych – w oczach autora noszą piętno nowoczesnej pańszczyzny. Takich nieoczywistych, zaskakujących, a chwilami wręcz naciąganych konotacji jest w spektaklu znacznie więcej. Podobnie jak tez w stylu: „wszyscyśmy (a już klasa średnia to na pewno) z chłopstwa”, z czym trudno nam się pogodzić, co rzekomo owocuje pogardą wobec tych, którzy mają niższy status społeczny.
![]() |
| Scena zbiorowa. Fot. Arsen Petrovych/TVP |
Nie brakuje też u Demirskiego wątków historiozoficznych, wspartych cytatami z Mickiewicza, Wyspiańskiego, Herberta czy Jasieńskiego. Problem jednak w tym, że prezentacji tych idei często towarzyszy nadużywanie krzyku – może nie w takim natężeniu jak w niedawno emitowanej „Zemście” w reżyserii Michała Zadary, ale jednak. Czyżby w ten sposób Demirski–reżyser chciał podkreślić nie do końca przejrzyste przesłanie Demirskiego–dramaturga?
Irytujące – poza nadmiarem wulgaryzmów – były również krwistoczerwone napisy informujące o miejscu i czasie akcji danej sceny, nadużywanie migającego światła oraz nachodzące na siebie projekcje wideo.
Najmocniejszymi elementami spektaklu „W imię Jakuba S.” są muzyka Małgorzaty Tekiel oraz aktorstwo. W granicach wyznaczonych im przez tekst i sytuację sceniczną, bardzo przyzwoity poziom zaprezentowali: Marcin Czarnik (Howard), Marta Malikowska (Linda), Monika Frajczyk (Sekretarka), Małgorzata Kożuchowska (Dziedziczka), Marcin Bubółka (Biff) oraz Filip Pławiak (Happy). Ich talent, choć wyraźny, nie wystarczył, by zatrzeć wrażenie przerostu formy nad treścią. Pozostaję więc wciąż sceptyczny wobec stylistyki Pawła Demirskiego.
* Recenzja powstała dla portalu "Teatr dla Wszystkich" i tam została opublikowana 12.05.2025 r.
[wersja autorska]
Zbyt dużo grzybków w barszcz
Godnym pochwały zwyczajem nowego kierownictwa Teatru Telewizji jest umożliwienie obejrzenia (prawie) wszystkich kolejnych premier tej największej sceny świata w dowolnym czasie na vod. tvp. Trafiło tam też przedstawienie „W imię Jakuba S.” Pawła Demirskiego w jegoż autorskiej reżyserii premierowo zaprezentowane w pierwszy poniedziałek maja 2025 roku.
To reżyserski debiut Pawła Demirskiego, który z teatrem jest związany w różnym charakterze od wielu lat; kojarzony jest jako współpracownik reżyserki Moniki Strzępki, z którą to sztukę „W imię Jakuba S.” wystawił w 2011 roku na deskach warszawskiego Teatru Dramatycznego, w którego historii kilkanaście lat później Strzępka zapisała się niezbyt chlubnie. Wracając do tej swojej sztuki Demirski dokonał znaczących zmian, wśród których na pierwszym miejscu wymienić trzeba skrócenie telewizyjnej wersji w stosunku do teatralnej o godzinę i zaangażowanie nowej zupełnie obsady. Ta pierwsza zmiana ma fundamentalne znaczenie dla odbiorców, bowiem w natłoku dramaturgicznych i reżyserskich pomysłów dwuipółgodzinny spektakl byłby ciężki do strawienia.
Bo czegóż tu nie ma? Począwszy od rabacji galicyjskiej z 1848 roku pod przywództwem Jakuba Szeli (w rolę tę wciela się Jacek Poniedziałek, którego aktorstwa, będąc świeżo po lekturze książki „Teatr. Rodzina patologiczna”, nie jestem w stanie obiektywnie ocenić, więc pozostanę na odnotowaniu faktu udziału tego aktora w spektaklu) przez dziką prywatyzację w Warszawie symbolizowaną przez jej ofiarę, Jolantę Brzeską i przymusowe eksmisje po problemy mieszkaniowe współczesnych młodych małżeństw zmuszonych brać kredyty hipoteczne porównywane przez autora do XIX-wiecznej pańszczyzny. Takich nieoczywistych, zaskakujących, a momentami wręcz naciąganych konotacji jest w sztuce więcej. Podobnie jak konstatacji typu, że wszyscyśmy (a już klasa średnia to na pewno) z chłopstwa, do czego wstydzimy się przyznać i odczuwamy powszechną pogardę, brak szacunku dla ludzi o niższym od naszego statusie. Nie brakuje też w spektaklu Demirskiego wątków historiozoficznych podpieranych przez autora autorytetem Mickiewicza, Wyspiańskiego Herberta czy Jasieńskiego. Prezentacja idei przyświecającej Demirskiemu odbywa się z nadużywaniem przez aktorów krzyku, może nie na taką skalę, jak w niedawno pokazywanej w Teatrze Telewizji „Zemście” Zadary, ale jednak – czyżby w ten sposób Demirski – reżyser chciał podkreślić nie zawsze jasne przesłanie Demirskiego – dramaturga? Irytujące – poza wulgaryzmami w nadmiernej ilości - były też krwistoczerwone napisy informujące o miejscu i czasie akcji danej sceny, nadużywanie migającego światła i nakładających się obrazów.
Dwie najmocniejsze strony spektaklu „W imię Jakuba S.” to muzyka Małgorzaty Tekiel i aktorstwo. Na tyle na ile umożliwiał im to tekst i sytuacja sceniczna, grę na bardzo przyzwoitym poziomie zaprezentowali: Marcin Czarnik (Howard), Marta Malikowska (Linda), Monika Frajczyk (Sekretarka), Małgorzata Kożuchowska (Dziedziczka), Marcin Bubółka (Biff) i Filip Pławiak (Happy). Ich talent jednakowoż nie spowodował, że pozbyłem się wrażenia, iż jest to przerost formy nad treścią i stałem się fanem stylistyki Pawła Demirskiego.


Komentarze
Prześlij komentarz